
|

To zdjęcie zostało automatycznie zmniejszone. Kliknij na obraz aby zobaczyć w pełnej rozdzielczości (1800x1220).
Rozdział 7. Więzienie, więzienie, daj mi ksywkę!
|
| Opis: |
12.02.2025. Pociąg z łupkami bitumicznymi z TEM18-202
---------------
Pierwszy rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60242
Poprzedni rozdział: https://wrphoto.eu/details.php?image_id=60514
Wszystkie imiona i wydarzenia w utworze są fikcyjne - wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i zdarzeń są przypadkowe.
---------------
**Rozdział 7. Więzienie, więzienie, daj mi ksywkę!**
Kiedy wszedłem, w celi siedział już jeden człowiek. Był to Łotysz w średnim wieku. Niemal na łyso ogoloną głowę przecinały dwa długie blizny.
– Pierwszy raz? – zapytałem.
– Co?
– Pierwszy raz siedzisz?
– A, to… tak, ale ja tu wszystkich znam i mnie znają!
– Rozumiem.
– Mam tu brata, siedzi 12 lat!
– Rozumiem.
– Za morderstwo siedzi, pierwszy oddział. Wszyscy wiedzą.
– Rozumiem.
Zawahał się, jakby czekał na reakcję.
– Ale… to nie on zabił.
– A kto?
– Nikt. Po prostu go oszukali – odpowiedział z irytacją.
– Kto oszukał?
– Policja. Nic nie zrobił. Po prostu poszedł przeciwko państwu - i dlatego. Oni ciągle coś nowego wprowadzają, źle. A on chciał, żeby było jak wcześniej. Kiedy było dobrze.
– Reakcjonista?
– Nie… u nas policja już.
– Rozumiem.
Do celi zajrzał konwojent.
– Pawliuk? Na wyjście.
Zaprowadzili mnie do gabinetu. W środku - długi stół, prawie jak tenisowy. Wzdłuż ścian - metalowe skrytki.
Na przeciwległym końcu stał krępy mężczyzna około pięćdziesiątki w szarym mundurze. Twarz opuchnięta, spod ubrania wystawał piwny brzuch. Gdyby nie mundur, łatwo można by go wziąć za typowego bywalca dworca w Rydze, który kiedyś po prostu stanął nie przy tym kiosku.
Kiedy zaczął się poruszać, jego ruchy okazały się komicznie niezdarne, a po pokoju rozlał się nieprzyjemny zapach - mieszanka amoniaku i zwymiotowanego alkoholu.
Wygląda na to, że wieloletnia praca w więzieniu prowadzi do tych samych zmian co długi wyrok. Tylko tam człowieka łamią ściany, a tu sam staje się ścianą.
– Do ściany! Rozbieraj się! – niespodziewanie żwawo rozkazał przyjmujący.
– Tak… przysiądź trzy razy. Odwróć się! – krzyknął, obmacując moje rzeczy.
– Dobrze, możesz się ubrać.
Zmierzyli wagę. Zrobili zdjęcie - tym razem telefonem. W przeciwieństwie do Seven Heaven, tu nie było nawet czerwonego „Nikona” za 50 euro.
Po formalnościach zaprowadzili mnie do magazynu, gdzie leżały już moje rzeczy zabrane w poprzednim więzieniu.
Po wszystkich perypetiach w kieszeniach zostały mi: obcinacz do paznokci, śmieciowe papierki, etui od telefonu, rękawiczki i sznurówki od butów i spodni. Wreszcie można się powiesić.
Niestety nie oddali wszystkiego. Z nieznanego powodu skonfiskowali przewodowe słuchawki, plastry i jedną zatyczkę do uszu.
Po wszystkich procedurach wrzucili mnie do kolejnej celi tranzytowej - z tabliczką inwalidy na drzwiach. Był tam już Łotysz z blizną i Peczkin.
Peczkin był cichy - aż za bardzo. Rozgadać go nie było łatwo. Przez większość czasu rozmawiali o czymś po łotewsku. Udało się jednak ustalić, że siedzi za drobną kradzież i nie jest to pierwszy wyrok - wcześniej spędził około roku w kolonii w Jełgawie.
Po kilku godzinach czekania i wypełniania papierów wyprowadzono nas do innego pomieszczenia.
Pomieszczenie było przestronniejsze i wyraźnie kancelaryjne. Wszystkie ściany zastawione były czteropoziomowymi pryczami z różnymi rzeczami.
Na górnych półkach - trzy rodzaje materacy: czarne, niebieskie i zielone. Różniły się grubością, a więc i wagą.
Na dolnych leżały przezroczyste torby bez uchwytów, jakby już zaczynające się rozrywać od samego kontaktu z powietrzem. Zawartość była identyczna: dwie metalowe miski, łyżka, kubek, kawałek białego mydła, dwie rolki papieru toaletowego, tubka pasty do zębów, szczoteczka i - zupełnie nie na miejscu - litr płynu do mycia naczyń.
Kazano nam wybrać materac, wziąć przydział i „wypierdalać stąd, żebym was nie widział”.
Z Peczkina wzięliśmy najgrubsze - niebieskie.
Łotysz z blizną przeciwnie, wybrał najcieńszy zielony. Najwyraźniej nie zamierzał tu długo zostać.
Po kolacji w osobnej celi wysłano nas dalej - w głąb pierwszego oddziału.
Otoczenie szybko się zmieniało: na ścianach coraz mniej tynku, drzwi coraz bardziej zardzewiałe. Cichy wcześniej korytarz wypełniły rozdzierające dźwięki - ktoś wrzeszczał i walił w metalowe drzwi.
Schodziliśmy do piwnicy.
– Dokąd idziemy? – zapytałem.
– Na kwarantannę, na dwa dni. A ty co, nie nauczyłeś ich skręcać ślimaka? – niespodziewanie zwrócił się do Peczkina.
– Ja… ja…
– Aha, ja - nie ja i chata nie moja. Przecież to nie twój pierwszy raz.
– Nauczę ich później! – pospiesznie zapewnił Peczkin.
– Później nie będzie. Trzeba was porozrzucać po różnych celach.
Po kilku korytarzach przekazano nas innemu strażnikowi.
– Co, jak zawsze? Wszyscy do 30?
– Nie. Jednego do 31, resztę do 32.
– O, coś nowego – odpowiedział z zainteresowaniem przyjmujący.
Był niski, gruby i przypominał beczkę. W ciągu 15 minut był to już trzeci osobnik o takiej budowie. Biorąc pod uwagę podziemny klimat, brakowało mu tylko rudej brody i topora.
Kiedy konwojent odszedł, strażnik zwrócił się do nas:
– No cóż, panowie, proszę wchodzić. Będziecie gośćmi. Witamy w naszym wspaniałym hotelu - pół gwiazdki, nic nie wliczone.
Zamknąwszy Peczkina w 31, uchylił nam, jak się wyraził, „wrota raju” celi 32.
– A co z nim? Macie tu przy okazji psychiatryk? – zapytałem.
– Popatrzę na ciebie za dwa dni – odpowiedział niespodziewanie poważnie. – Wchodź.
Cela była długa, z wysokim sufitem. W środku mieściło się sześć pojedynczych prycz i jedna piętrowa. Pod mętnym, szczelnie zamurowanym okienkiem stał stół z dwiema ławkami.
Tuż przy wejściu znajdował się kibel.
Na ścianach nie było wolnego miejsca - każdy centymetr był zapisany i wydrapany więziennym folklorem.
Było tu wszystko: przekleństwa i błogosławieństwa, wiersze o miłości i więzienne przysłowia, modlitwy, wyrzuty wobec nieba o niesprawiedliwość, linijka „mamo, jestem niewinny”, dwudziestopiętrowy bluzg skierowany do organów ścigania wszystkich epok.
I wszystko to - w wielu językach: angielskim, arabskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim. Ktoś nawet wydrapał koreańskie znaki.
Napisy nachodziły na siebie. Były na ścianach, podłodze, pryczach, stole - wszędzie.
Moją uwagę od razu przykuł napis:
„BLITZS AUE GENA SUKA 27.10.2009”
– Dupka – powiedział cicho Łotysz. – Dupka, co?
W ciągu godziny cela zapełniła się ludźmi. Byli tu wszyscy - od młodych po starych. Łącznie, ze mną i moim sąsiadem, było nas dokładnie ośmiu.
Łotysz rozłożył materac i natychmiast odkrył fatalność swojego wyboru. Był tak cienki, że przy najmniejszym nacisku zamieniał się w prześcieradło. Uderzył w niego pięścią.
– Dupka, co? – z dawnej gadatliwości nie zostało nic.
– No i co jęczysz?! Kto ci kazał? – odpowiedział ktoś.
Łotysz milczał.
– No, kto za co? – odezwał się zachrypniętym głosem najbardziej chorobliwie chudy mężczyzna około sześćdziesiątki.
Jego kończyny przypominały odnóża owada - równie długie i kruche.
– A tak, trochę się posprzeczaliśmy – odpowiedział bez entuzjazmu młody chłopak.
– Kto ma fajki? A ty, grubasie, za co? – zapytał zużytego i nie na miejscu otyłego mężczyznę.
– Sklep wziąłem – powiedział z fantazją.
– Wódkę z Maximy?
– No… nie jestem idiotą. Tylko w Rimi brałem. W Maximie ochrona ostra. I nie wódkę - batoniki, czekoladowe.
Usiadł wygodniej i zaczął z zapałem:
– Patrz, to nie takie proste. Jak weźmiesz trzy małe - koniec. A jak jeden duży i jeden średni - nic ci nie zrobią. To nie tak, że bierzesz wódkę i wychodzisz. Nie-e-e. Tu trzeba taktyki. Jak na wojnie - trzeba przemyśleć każdy krok, każde działanie, patrzeć do przodu. To subtelna praca psychologiczna.
– Czyli idealna zbrodnia?
– Aha! Jeśli wszystko przemyślisz, wybierzesz odpowiednie Rimi, to wiesz ile można zebrać dziennie? W filmach idioci rabują sklepy naraz. A trzeba inaczej. Tak, żeby nawet jak złapią, nie wzywali policji. Tu trzeba z głową, nie strzelać do bab!
Do tej pory szumiąca cela ucichła.
– To ty… najniebezpieczniejszy. Moriarty – podsumował zachrypnięty.
– Chujowy z ciebie taktyk! – dodał ktoś.
– Czikatiło też złapali – obrażony zauważył ryski Moriarty. – Zawsze jest mały błąd.
Cela eksplodowała śmiechem.
– A ty co? Po pijaku Snickers zamiast Bounty?
– Nie… strażnika pobiłem. Przypadkiem.
Cela natychmiast wybuchła aprobatą. Moriarty najwyraźniej zjednoczył wszystkich obecnych. Popłynęły najróżniejsze kryminalne historie.
– Eee… mam tu dawno kolegę, autorytet! – nagle zmaterializował się ktoś o kaukaskiej aparycji.
– Długo siedzi? – zapytał życzliwie zachrypnięty.
– Jeden sem… jak będzie po rosyjsku?
– Siedemnaście miesięcy?
– Jakich miesięcy, lat jeden sem!
– To czego ode mnie chcesz? – odpowiedział zirytowany zachrypnięty.
– A ty co, sam pytałeś, a teraz niezadowolony, gnido. Psych.
Zachrypnięty coś mu odpowiedział. Zaczęła się drobna szamotanina, a ja ostatecznie straciłem poczucie rzeczywistości. Zachciało mi się spać.
Przynieśli kolację. Była to dziwna substancja - puree ziemniaczane zalane mętną, śmierdzącą cieczą. Konsystencją przypominało to bardzo gęstą zupę.
– Dupka – znacząco podsumował Łotysz z blizną, z wyraźnym obrzydzeniem grzebiąc w papce w poszukiwaniu czegoś przypominającego mięso.
Po jedzeniu, podbudowani więźniowie z nową falą zainteresowania zaczęli badać celę.
Na ścianie, obok stołu, była rozbebeszona gniazdko. Nad nim - napis ze strzałką: „Miejsce na traktor”.
Jeden z chłopaków z nudów zaczął wkładać palce do gniazdka i ku zdziwieniu innych wyciągnął stamtąd papierowy pakunek-zakładkę.
W środku było coś przypominającego tytoń.
– Rzuć! Rzuć! – nagle wrzasnął Moriarty.
– Co? – zapytał znalazca.
– Nie widzisz? To trawa! Zaraz tu wpadną czerwone brzuchy i ci dowalą! Oni mają tu wszędzie kamery!
– Jakie kamery? Fotopułapki? – zapytałem.
– Jakie czerwone brzuchy? Sikorki? – dodał młody chłopak.
– Odbiło mu, nie widzisz? – odpowiedział ktoś z tyłu.
Znalazca wsypał zawartość do kieszeni, a papierowy pakunek wcisnął z powrotem do gniazdka.
Im więcej ludzi kładło się spać i im ciszej robiło się w celi, tym głośniejsze i bardziej przenikliwe stawały się krzyki z korytarza. Z celi naprzeciwko darli się bez przerwy. Teraz, w nocnej ciszy, było to szczególnie nie do zniesienia.
Ten wrzask grozy trwał już wiele godzin i wcale nie zamierzał słabnąć. Przebijał ściany. Był wszędzie. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że rozchodzi się z mojej głowy.
Kilka razy w nocy przychodził strażnik. Uderzał w drzwi i wrzeszczał, aż krzyczący milkł na parę minut.
– Dupka – cicho dochodziło z głębi celi w takich momentach.
Mimo tego akompaniamentu po pewnym czasie przywykłem i nawet udało mi się zasnąć. Kilka nocy bez snu zrobiło swoje.
Następny dzień minął jak we mgle. Z każdą minutą, z każdym zasłyszanym dialogiem świat coraz bardziej pokrywał się mgiełką. Rój myśli rozrywał głowę od środka, ale jedna wyraźnie dominowała: „Trzeba się przystosować”.
Zacząłem od dowcipów. Tego dnia na bieżąco wymyślałem żarty o poruczniku Rżewskim i Stirlitzu - atmosfera sprzyjała. Właśnie dlatego dostałem swoje pierwsze więzienne imię - Porucznik.
Więzienne imię - zauważalna część tutejszego życia. Mówią, że i dziś potrafi iść za człowiekiem latami - z jednej kolonii do drugiej. A potem zmienić się przez jakąś głupotę. Nie wiem, na ile ten proces jest dziś rozwinięty i mam nadzieję, że nie będę musiał sprawdzać.
Z tym właśnie więziennym imieniem - ksywką lub przezwiskiem - związany jest jeden międzynarodowy, lecz niemal wymarły rytuał.
Kiedyś wyglądało to tak: nowoprzybyły więzień wychodził do okna w areszcie śledczym i z całych sił krzyczał: „Więzienie, więzienie, daj mi ksywkę! Taki a taki paragraf!” Albo: „Więzienie-babciu, daj mi przezwisko, ale nie zwykłe, tylko złodziejskie!”
Zresztą wariacje były chyba w każdym więzieniu.
Dalej więźniowie, na podstawie paragrafu, proponowali swoje wersje - jedna lepsza od drugiej: magnetofon, chlamydia, bochenek, hydromufa, wombat i tak dalej. Ten cyrk mógł trwać godzinami. A po ostatecznym wyborze nowicjuszowi ujawniano straszną prawdę: wszystko to było zwykłym żartem i nie musi nosić żadnej ksywy.
Ludzie lubią przezwiska. Dostaje się je w szkole, w wojsku, w więzieniu, na podwórku. I wszędzie zasada jest taka sama - zwykle wynikają z codziennych sytuacji albo z imienia, nazwiska, pochodzenia.
Na przykład: ktoś kichnął herbatą i natychmiast dostał przezwisko „Strzelba”.
Czas spędzany w celi kwarantannowej przypomina szpital psychiatryczny. Podczas gdy z korytarza od doby nie milkną wrzaski, w środku dzieje się szaleństwo.
Ktoś tańczy breakdance.
Ktoś skacze z kaloryfera, próbując dosięgnąć wysokiego okna i rozbić je metalową miską.
A ktoś po prostu rozmawia - ale jeśli się wsłuchać, ma się wrażenie, że to dwie sieci neuronowe komunikują się ze sobą, używając wymyślnego szyfru. Pod pozorem losowych słów kryje się genialny plan przejęcia świata.
Wieczorem ktoś w końcu znalazł sposób, żeby zapalić. Z powodu braku wentylacji do wszystkiego powyżej dołączyła lekka mistyczna mgiełka. Tym razem całkiem materialna.
Taka atmosfera nie sprzyjała żadnej aktywności. Ani bliższym znajomościom. Przez większość dnia po prostu leżałem, chodziłem tam i z powrotem i na każde krzywe spojrzenie odpowiadałem losowym albo oklepanym dowcipem.
Tak sobie żyjemy.
Następną noc spałem spokojniej. Krzyków było więcej, ale stały się urywane i już tak nie waliły po mózgu. Człowiek to istota, która przyzwyczaja się do wszystkiego. I to jego najlepsza cecha.
Przyznam, że nawet coś w tym znalazłem. Spędzić cały dzień sam na sam ze sobą, w stanie jakiejś otępiałej medytacji, poddając się nurtowi, na nic szczególnie nie licząc i tylko czasem odrywając się na ludzi wokół - to nie najgorszy układ.
Pod wieczór niepokój powoli się rozpuścił. Wszystko wokół wydało się jakimś fantasmagorycznym romansem. Na duszy zrobiło się dziwnie lekko.
Idylla nie trwała długo. Rano przyszli po mnie.
– Pawliuk, z rzeczami na wyjście!
Od razu poczułem drobne drżenie w rękach. Zacząłem zbierać rzeczy. Nie nauczywszy się skręcać ślimaka, chwyciłem materac, prześcieradła i pospiesznie ruszyłem do wyjścia.
– Dokąd? – zapytałem.
– A ty przecież szpieg, tak? Jaki paragraf?
– 85… część…
– Szpieg. Czyli - na rozstrzelanie. |
| Słowa kluczowe: |
TEM18, TEM18-202 Estonia, towarowy, zima |
| Data: |
23.02.2026 15:47 |
| Wyświetleń: |
1218 |
| Wielkość pliku: |
1.8 MB | 1800x1220 px |
| Dodał: |
Lev Pavliuk 96 |
|
| Producent: |
DJI |
| Model: |
FC9184 |
| Czas ekspozycji: |
1/240 sec(s) |
| Wartość przysłony: |
F/2.8 |
| Czułość ISO: |
100 |
| Data wykonania: |
12.02.2025 14:34:10 |
| Ogniskowa: |
19.35mm |
|
| Komentarze |
Kasper Jan Kwiatkowski
23.02.2026 21:13
|
Zainteresowało mnie "miejsce na traktor". Może to kwestia tłumaczenia. Wyjaśnij proszę o co chodzi. |
|
Lev Pavliuk 96
23.02.2026 23:06
|
@Kasper Jan Kwiatkowski
Z tłumaczeniem nie ma problemu. Dla normalnego człowieka wygląda to po prostu jak kolejna bezsensowna sztuka naskalna wymagająca rozszyfrowania, dlatego właśnie wstawiłem ją do tekstu. To jest marker środowiska.
W rzeczywistości, przynajmniej w slangu więziennym, „traktor” to najpewniej znany każdemu samodzielnie robiony кипятильник z miedzianego drutu. O etymologii samego „traktora” nic nie mogę powiedzieć - w internecie również nie znalazłem żadnych wzmianek o pochodzeniu tej ksywki (jeszcze przypomnę o nim w kolejnych rozdziałach, ponieważ sam zajmowałem się tworzeniem tego urządzenia).
Prawda jednak jest taka, że od tego zrozumienie, po co i dla kogo ten napis tam się znajduje - przynajmniej dla mnie - wcale się nie zwiększa. |
|
subsens
24.02.2026 13:19
|
Prozatorsko smakowite, lepsze z każdym rozdziałem, IMHO.
BLITZS AUE GENA SUKA - brzmi śpiewnie i swojsko, jak sprzed wojny o Inflanty, ale translatory kompletnie sobie nie radzą. Gdyby Autor zechciał objaśnić, to od razu rewanżuję się informacją, że 'traktor' w PL to 'buzała' :). |
|
Kasper Jan Kwiatkowski
24.02.2026 18:51
|
@subsens
Może być również "agregat" :)
@Lev Pavliuk 96
W języku zwykłych ludzi jest po naszemu "grzałka". Jestem bardzo ciekawy jak i z czego ją budowałeś. Z wycieczki do więzienia, która odbyłem w czasie liceum pamiętam, że tworzyli ją z żyletki ;) |
|
|
|
|
|
|
|

|